’Xięgi Schulza’ w Teatrze Polskim: Urok Autentyku /recenzja/

Najnowsza premiera Teatru Polskiego we Wrocławiu: „Xięgi Schulza„, uzmysławia, że świat zaklęty w opowiadaniach skromnego nauczyciela rysunków z Drohobycza ożywa za każdym razem, kiedy sięgają po nie artyści, dla których Bruno Schulz jest ciągle żywym źródłem inspiracji. Xięgi te ciągle mają urok Autentyku.

Wyznam na wstępie, że Bruno Schulz pasjonuje mnie od dawna – od czasu studiów polonistycznych, kiedy to zachwyciłam się jego prozą po raz pierwszy i urok ten pozostał niezmienny po dziś dzień. Piękny poetycki język, a także niezwykła wyobraźnia sytuują tę twórczość w kręgu prozy onirycznej, niezwykle obrazowej, która fascynuje, a zarazem nie poddaje się zbyt łatwo interpretacjom. Choćby taki obraz rozpoczynający opowiadanie „Sierpień”: służąca Adela wraca z zakupów i wyjmuje z koszyka kolejne produkty. Pozornie niewart opisu banał, tymczasem Schulz  opisuje to tak:

Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z ognia dnia rozżagwionego, wysypują z koszyka barwną urodę słońca – lśniące pełne wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czarne wiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w których miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i meduzy – surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nieuformowanym i jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym.

Jakąż trzeba mieć wyobraźnię, żeby w czynności tak pospolitej zobaczyć poezję obrazów, które stanowią swoisty ciąg (to jedno rozbudowane zdanie!) zmysłowych i zarazem filozoficznych skojarzeń.

Sądzę, że  ten cytat pokazuje jednocześnie,jakie możliwości interpretacyjne posiada ta literatura i jakim jest wyzwaniem dla każdego, kto próbuje transponować ją na język innej sztuki. Z pewnością udało się to Wojciechowi Jerzemu Hasowi w jego słynnej ekranizacji „Sanatorium pod Klepsydrą” (1973), do której nawiązania zobaczymy zresztą w spektaklu Jana Szurmieja. Bardzo interesującą, spójną koncepcyjnie i niezwykle twórczą adaptację sceniczną „Sklepów cynamonowych” widziałam przed kilku laty w wykonaniu Teatru Wierszalin Piotra Tomaszuka („Traktat o manekinach”). Nowszą, choć nieco niezauważoną propozycją odczytania prozy Schulza, jest film dokumentalny z elementami animacji: „Bruno Schulz” Adama Sikory (2014), który prowadzi widza duktem rękopisów i rysunków artysty. O tym, że Schulz ciągle inspiruje różnych artystów świadczy także cykl trzynastu ogromnych płócien, namalowanych przez Mirę Żelechower-Aleksiun, zatytułowany „Kalendarz pamięci„(2007).

Intencją całej tej pracy była pamięć o Schulzu, z którym bardzo się w trakcie pracy zbliżyłam – opowiadała w wywiadzie artystka. Poczucie, że mogę przy nim trwać, to było …   Wprost nie mogłam się od niego oderwać!

Z tym większą ciekawością czekałam na premierę Teatru Polskiego we Wrocławiu, w którym spektakl na motywach prozy Schulza wyreżyserował Jan Szurmiej. Artysta niegdyś związany był z Wrocławiem, gdzie pracował jako aktor Teatru Pantomimy Gest, w latach 90. był dyrektorem Teatru Muzycznego Operetki Wrocławskiej, a także głównym reżyserem Opery Wrocławskiej. Ponadto zaś był twórcą i dyrektorem artystycznym Festiwalu im. Anny German w Zielonej Górze. Można więc było spodziewać się, że otrzymamy widowisko muzyczne. I tak się istotnie stało.

Muzyka skomponowana przez Marcina Partykę odgrywa w tym spektaklu rolę co najmniej równorzędną ze słowem i obrazem scenicznym. Kompozytor o dużym doświadczeniu scenicznym, nagrodzony na PPA za „wybitny wkład w kreowanie piosenki aktorskiej”, który współpracował z Szurmiejem przy realizacji spektaklu „George & Ira Gershwin”, stworzył muzykę znakomicie współbrzmiącą z całością przedstawienia. Właściwie nie sposób rozdzielić muzyki od słowa, ponieważ śpiewane są teksty samego Schulza. Wykonuje je przede wszystkim Lunarna Bogini (w tej roli słyszałam Monikę Rutkowską), której piękne wokalizy tworzą zarówno „senną” narrację spektaklu, jak też jego nastrój:

Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzy gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia…

Kiedy na koniec zaśpiewa pieśń w języku jidysz, słyszymy go, ale nie rozumiemy – to język umarłych, po których pozostały obrazy kresowego miasteczka z onirycznych opowiadań Bruno Schulza…

Całą recenzję spektaklu 'Xięgi Schulza’ Teatru Polskiego we Wrocławiu przeczytacie na blogu: kulturalneingrediencje.blogspot.com

Autor: Barbara Lekarczyk- Cisek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.